Countomat


Kategorie: Wszystkie | czytam | oglądam | takie tam | wtnc | ćwierćwidoki
RSS
piątek, 23 marca 2012
"Dziewczynka, która widziała zbyt wiele" – Małgorzata Warda

Dziewczynka

Niedawno ktoś mi powiedział coś, czego się od dawna domyślałem – moje recenzje to  bardzo jednostronna seria z cyklu „Lektury z grubej rury” a że życie wypełnione wyłącznie poważnymi sprawami to perspektywa nie do zniesienia usłyszałem iż należy go także trwonić na bezsensowne a przyjemne głupstwa.. Nie sposób było zaprzeczyć tak postawionej tezie, bez zwykłej w takich razach rytualnej i przekornej dyskusji ze zwieszoną głową przyznałem rację, tak rzeczywiście jest.. i w rezultacie zostałem subtelnie wrobiony w zamówienie, aby napisać o czymś lżejszym, przy czym sama definicja pojęcia nie padła.
I aby spełnić to wymagające sporego samozaparcia żądanie wybrałem się na zwiad; nie idąc na łatwiznę zstąpiłem w książkowe piekło i czyściec jednocześnie – między półki z wyrobami książko-podobnymi w podmiejskim supermarkecie, stawiając sobie zadanie wpierw uściślenia owych kryteriów lekkości a potem wybrania odpowiedniego obiektu. Z osłupieniem stwierdziłem, jak bardzo dotychczas miałem zawężone pojęcie co można uważać za książkę; cóż pozostało mi wytrzymać, przeprowadzić badania terenowe i nie tyle dowiedzieć się co czyta ludzkość ( bo ta jak wiadomo z licznych badań w ogóle nie czyta – istotnie między półkami nikogo nie było ) ale z braku innych opcji wydedukować, co wydawcy sądzą, co owa ludzkość mogłaby ewentualnie przeczytać, a co podpadałoby pod zlecone kryteria lekkości.
Ale nie liczcie na opowieść o nastolatce z Oregonu, która zatrudnia się w cyrku jako opiekunka zwierząt i poznaje białego tygrysa. To hinduski książę zaklęty przed wiekami przez złego czarownika. Dziewczyna jedzie do Indii, by pomóc tygrysowi zdjąć ciążącą na nim klątwę, a tam okazuje się, że tygrysy są dwa i że drugi książę, czarny tygrys (równie przystojny, gdy zmienia się w mężczyznę), również podkochuje się w dziewczynie. A ona ma dylemat - którego wybrać? ( Colleen Houck ''Klątwa tygrysa'' ) – tak, też sam nie wierzyłem, jak przeczytałem ten trajler, ale za parę tygodni będzie to popularniejsze niż „Zmierzch” ;)
Wyzłośliwianie się nad zawartością półek, skąd w całych rzędach szczerzyły kły wampiry, przezornie oddzielone od pastelowych barw różnych sielskich toskanii i prowansji w wersji glamour, a w wersji bardziej swojskiej różnych poczekajek, cukierni i dworków byłoby zabiegiem zbyt łatwym i banalnym aby go rozwijać, więc pominę ten wątek, zmierzając wreszcie do meritum – wśród tego wszystkiego wypatrzyłem na dolnej półce książkę, która.. 
No i znowu nie trafiłem, lekko nie będzie ;)
To była właśnie „Dziewczynka, która widziała zbyt wiele” Małgorzaty Wardy.
Zanim zacznę się jak zwykle czepiać, od razu mówię : to jest dobra książka, i nie z uwagą – jak na rezydentkę dolnej półki w supermarkecie, nie jako powieść obyczajowa, ale jest dobra najogólniej literacko, jeżeli taki stwór, jak obiektywne literackie kryterium istnieje ;)
I mam z nią kłopot ( wiem, tak zaczynają się tysiące recenzji ) bo świetnie się czyta, napisana jest niezwykle sprawnie, bez rozwlekłości, mizdrzenia się, pretensjonalności i marudzenia, z precyzyjnie poprowadzonym wątkiem gdzie poprzez krótkie, nieco filmowe cięcia, dynamiczne ujęcia płynnie zmieniają się czasy akcji, narratorzy, punkty widzenia – zgodnie z wszystkimi regułami sztuki. W paru skondensowanych słowach, drobnych gestach, odruchach, przebłyskach wspomnień odsłania się prawda, lub to co my uważamy za prawdę; autorka zręcznie myli tropy, lecz nie też nie gmatwa zanadto i nie udziwnia. Zdołała mnie zaskoczyć zakończeniem, bo choć ogólnie przewidziałem rozwiązanie, to jednak spodziewałem się czegoś trochę mroczniejszego i bardziej tragicznego.
Gdyby autorka była Amerykanką i miała dobrego agenta już podpisywałaby kontrakt na scenariusz do filmu w którym Meryl Streep albo Glenn Close zagrałaby depresyjną matkę, o wyrazistą rolę uderzająco przystojnego a udręczonego, utalentowanego brata tytułowej dziewczynki biliby się młodzi aktorzy, a reżyserować mógłby nawet Sam Mendes.
Ale jednak czegoś mi w niej brakuje; może to jest wybitnie moje subiektywne odczucie, bo miałem je też podczas czytania poprzedniej książki autorki – „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”. Miałem wrażenie jakby to był tylko szkic, jakby ledwie narysowane rozchwianą kreską postacie autorka zmusiła do życia, do istnienia i działania w podobnie niedorysowanym, bezbarwnym świecie, w którym brakuje światła, odcieni, gry barw, w świecie w którym zmysły i wyobraźnia nie mogą się pożywić. Przyszedł mi na myśl „Książę przypływów” Pata Conroy'a który bardzo podobną tematykę jakże tragiczną i bolesną ujmował w całkiem inny sposób, nasycony sensualnością, otaczającym światem, z nierozłącznie zanurzonymi w nim ludźmi.
Może to defekt mojej wyobraźni, ale w tej książce widzę tylko płaski pierwszy plan i to niewyraźny, bardzo umowny, nie widzę ludzi, wnętrz, domów, nie widzę Sopotu, lasu, morza.. jakbym oglądał film w którym awangardowy reżyser przesadnie stosuje małą głębię ostrości do uwydatnienia bliskich szczegółów które stają się przesycone, hiperrealistyczne a przez to tak naprawdę oddalają się od realności i ześlizgują w abstrakcję.
Ale przeczytać naprawdę warto :)

niedziela, 19 lutego 2012
"Obsoletki" - Justyna Bargielska

Obsoletki - Justyna Bargielska

Harfa daje radę
To jest ten moment, w którym wszystko jest na swoim miejscu,
mąż przy stole a nie mąż w pociągu,
dzieci donoszone w kojcach a upuszczone w otchłani,
pies w czystej pościeli a śmierć zawsze za progiem.
Nic, o czym chcielibyście pisać, się nie wydarzyło,
więc moc nie musi truchleć.
I nie truchleje.
Nikogo tu nie zapraszam,
z nikim się nią nie dzielę.

Przekraczam na blogu kolejną granicę, dziś po raz pierwszy pojawiła się poezja; bez obawy, będzie o prozie – o wierszach nie potrafię pisać, te strofy niech to będzie pewien sposób wyróżnienia autorki, podkreślenia, że przede wszystkim jest poetką ( tu z pełnym i zasłużonym szacunkiem :)
Z przeczytaniem jej „Obsoletek” długo się ociągałem wymyślając sto pięćdziesiąt ważnych powodów – podejrzewając kolejne wysilone, pretensjonalne językowe eksperymenty w stylu nowej polskiej prozy kwaszącej się w swoim sosie; a jak już zacząłem czytać wyklinałem moją głupotę, że tak długo pozbawiałem się przeżycia niezwykłego, porywającego, uderzającego w najczulsze punkty.. od książki przez parę godzin nic nie mogło mnie oderwać; szkoda tylko, że jest tak krótka, 87 stron co prawda drobnym drukiem, ale to stanowczo za mało.
Kilkadziesiąt mikro-opowiadań, zabójczo zwięzłych, precyzyjnych językowo i pojęciowo; a przewrotnych, głęboko ironicznych podszytych wyczuwalną, udomowioną, z lekka makabryczną grozą.
Przykład :
Na pokropku byłam też ostatnio.
Gdy dziecko umiera bez chrztu i jest bardzo maleńkie, tak do trzynastu centymetrów, robi się mu pokropek zamiast pogrzebu. Jest to jakaś możliwość, z której można skorzystać. Na pokropku było ze trzy czwarte tuzina osób, które patrzyły na pudełko zawierające pokrapianego z pewnym dystansem. Pudełko pomalował w części wesołej ojciec a w części stonowanej – matka, w części ojca był srebrny saab, kolejka, ludzie podnoszący ręce do góry, w części matki były fioletowe i błękitne mazaje typu narkoza dożylna. Dominikanin zdjął kaptur, powiedział formułę i popłakaliśmy się, wszyscy zdystansowani. Chciałabym mieć w domu takiego dominikanina do płaczu. Grabarze odsunęli płytę za pomocą podłożonej okrągłej belki i pomyślałam sobie, że może tak wynaleziono koło: jakaś obca cywilizacja dała nam któregoś dnia grób z płytą, a myśmy myśleli, jak tę płytę odsunąć i wymyśliliśmy okrągłą belkę, i weszliśmy do tego grobu, i przylecieliśmy nim na ziemię. Potem grabarze włożyli pudełko, przysypali i przykryli płytą, ale nic mi nie wiadomo o tym, żeby mój pokropiony siostrzeniec gdziekolwiek odleciał. Zostawiłam mu białe kwiatki typu eustoma, ale od smutnego pójścia do kawiarni wymówiłam się.

Śmierć podszyta śmiechem, groteska w obłaskawianiu spraw nie do rozpoznania, nie do pojęcia, dochodzenie do uświadomienia sobie łatwości z jaką można wszystko stracić, do kruchości naszego poczucia bezpieczeństwa, z codziennością i zwykłością w jej całej banalnej śmieszności w tle, nagle przechodzącą w śmieszność ostrą i morderczą jak błyszcząca brzytwa błyskotliwie okrawająca rzeczywistość, wpasowującą ją w ściśle dobrane choć z pozoru absurdalnie nieodpowiednie słowa.
A najbardziej zadziwiające jest to, że tematykę tych ultra-miniopowiadań można uznać za skrajnie, krańcowo kobiecą – strata nienarodzonego dziecka, próba radzenia sobie z tą traumą, porody kolejnych dzieci, mąż, rodzina, przyjaciółki, kot. Wszystko co kojarzy się z rozmamłaniem, rozlewnością, nieopanowaniem uczuciowym, sentymentalizmem, byciem matką Polką, czy matką udręczoną. Tu jawi się raczej matka wyrodna w swoim najbardziej pozytywnym, wyrafinowanym wydaniu, bezwzględna wobec siebie, swojego naznaczonego przez biologię i kulturę losu i powtarzając za dawno młodo zmarłym poetą – potrafiąca śmiać się z własnego trupa. Głębinowe lęki, bolące wciąż rany łagodzi.. można by napisać konwencjonalnym tropem interpretacyjnym, ale tak naprawdę ona je ze spokojem rozszarpuje, aby bolały jeszcze bardziej, zarazem przygląda się im z kosmicznym chłodem i dystansem. Z dystansem do najintymniejszych, najgłębszych wciąż jątrzących przeżyć, ale bez żadnego nawet zawoalowanego, zaplanowanego ekshibicjonizmu, bez żadnego epatowania – taki jest los, takie jest życie, czy jesteś kotem, czy kobietą, czy innym bytem jesteś wrobiony w istnienie, nikt cię wcześniej nie spytał czy wolałbyś aby Cię po prostu nie było. ( opowiadanie „O wyrzucaniu z ust swoich” )
Zjawisko. Kto nie przeczyta jego strata.

czwartek, 05 stycznia 2012
"Pod mocnym aniołem" - Jerzy Pilch

Pod mocnym aniołem

Tak zaczyna się owa książka :
Zanim pojawili się w moim mieszkaniu mafiosi w towarzystwie śniadolicej poetki Alberty Lulaj, zanim wyrwali mnie z pijackiego snu i zanim jęli się domagać – wpierw obłudnymi prośbami, potem bezpardonowymi pogróżkami – bym ułatwił druk wierszy Alberty Lulaj na łamach „Tygodnika Powszechnego”, zanim nastąpiły burzliwe wydarzenia, o których pragnę opowiedzieć, była wigilia wydarzeń, był zaranek i był wieczór dnia poprzedzającego, i ja od zaranka do wieczora dnia poprzedzającego popijałem brzoskwiniówkę. Tak jest, piłem brzoskwiniówkę, zwierzęco tęskniąc za ostatnią przedśmiertną miłością i po uszy tkwiłem w życiu rozpustnym.
Są takie frazy, takie strony, takie książki które nie wiadomo ile razy czytane, od czasu do czasu gdy przychodzi ich pora domagają się przeczytania jeszcze raz; i wtedy gdy znękany codziennością duch niehumanitarnie osłabnie – w zbożnych celach jego pokrzepienia, wyniesienia z dusznych oparów i mroków przyziemności; i też gdy krotochwilnie rozradowany, czy w rozleniwiajaco bezmyślnym nastroju – aby mu przydać głębi moralnej i ciemnej egzystencjalnej trwogi. Są takie książki, którymi ( jak widać ;) po tylu latach intymnego obcowania można byłoby nawet nieudolnie pisać, koślawo naśladując ich niepodrabialną frazę; dziwiąc się, wciąż zastanawiając i rozważając dlaczego akurat ta z setek innych zalegających na półkach domaga się wzięcia do ręki, dlaczego wzywają nas do powtórnych odwiedzin doskonale znani bohaterowie, którzy przecież na tych samych stronach wciąż mówią to samo..
Dzieje się tak, choć wiemy, że obok leżą książki lepsze, kunsztowniejsze w formie, przenikliwsze w odsłanianiu poplątanych tajemnic indywidualnej psychiki i zbiorowego, społecznego życia – to sekret którego nie mogę i nie chcę rozwikłać ( pozostając w stanie literackiej bezradności nie będącej jednak w stanie osłabić czołobitnej estymy ) nie pojmując czemu akurat ta opowieść okazała się dla mnie tak podręcznie niezbędną – bo wydawałoby się że nic nie może być dla mnie odleglejsze niż historia wielokrotnych upadków chronicznego alkoholika Jurusia, historia kontrapunktowana przez osiemnaście wizyt na oddziale deliryków, gdzie trafiał z zatrważającą regularnością.
Wiem, że podobnie jak bohater-narrator udręczony nieuchwytnością istoty rzeczy, ja nawet nie zdołam musnąć jej powierzchni starając się powiedzieć coś istotnego o tej książce. Nie mam do niej klucza, zaklęcia po wypowiedzeniu którego wszystko staje się jasne. Powiedzieć, że to książka o piciu, to tak jak nic nie powiedzieć; powiedzieć, że to książka o delirycznej rzeczywistości osaczającej i dręczącej bohatera to powiedzieć jeszcze mniej, powiedzieć że to o nas, o Polsce, pijanym kraju który nie ma swojej pijanej literatury która to może w części pokazałaby co działo się w czasach wielkiej zmiany i przełomu – to też wyrazić o wiele za mało.
Ale ośmielę się na wyrażenie pewnego pomysłu, idei interpretacyjnej – po części to książka dlatego tak dla mnie poruszająca, bo bohater-narrator mimo że na krawędzi upadku i krańcowego upodlenia wciąż walczy o ocalenie, tworzy świat przez język, przez literaturę, żyje w niej i dzięki niej :
Nie wierzcie ani jednemu mojemu słowu. Słowo jest moją używką, moim narkotykiem, rozsmakowałem się w przedawkowywaniu. Język jest moim drugim, co mówię, drugim, język jest moim pierwszym nałogiem.
Ale i też pisze :
Wiedzieć coś do końca to znaczy nie mieć już żadnego zapasu wiedzy na dany temat, a jak człowiek nie ma żadnego zapasu – głupio się czuje; człowiek wtedy czuje się tak, jakby kończyły mu się papierosy.
Nikomu nie życzę takiego uczucia, więc nie będę Was już przygniatał tym dezorientującym nadmiarem admiracji, przechodzącym w ławicę coraz bardziej postrzępionych i niezbornych wrażeń; w sumie ( kontynuując konsekwentnie wątek intelektualnej bezradności ) nie bardzo wiem po co piszę tę notkę, bo wcale mi tak bardzo nie zależy aby imię tej niezwykłej książki nadzwyczaj rozsławiać, jak każdy kto ma coś cennego – wolę to coś pozostawić dla siebie :)

środa, 28 grudnia 2011
"Światu nie mamy czego zazdrościć" - Barbara Demick

Barbara Demick - Światu nie mamy czego zazdrościć

Jak możecie się domyślać z nieregularności wpisów, prowadzony przeze mnie blog nie jest ścisłym rejestrem, wiernym sprawozdaniem z przeczytanych przeze mnie książek, nie jest nawet jego dalekim przybliżeniem.
Większość moich nieodnotowanych lektur wpada do kategorii :
nie warto pisać
nie będę odbierał chleba literaturoznawcom, oni lepiej się znają
nie chce mi się
nikogo to nie zainteresuje
;)
książka o której, po zastanowieniu postanowiłem jednak napisać podpada pod specjalną odmianę   
cóż można dodać do doskonałych recenzji które już się ukazały, co jeszcze mądrego wymyślić?
A te recenzje to np. wpisy Padmy :
http://miastoksiazek.blox.pl/2011/11/Reportaz-doskonaly.html
i Mdl2 :
http://mlodapisarkaczyta.blox.pl/2011/12/Swiatu-nie-mamy-czego-zazdroscic-Barbara-Demick.html

Właściwie niewiele mam do dodania, wpadałoby włączyć się do pochwalnych peanów, słusznie się zachwycać ( bez ironii :) bo książka jest świetna, znakomicie skonstruowana, wciągająca; przeplatająca we właściwych proporcjach wiadomości historyczne, polityczne, geograficzne z różnorodnymi i zniuansowanymi opisami najzwyklejszych ludzkich losów. Ale to co beletrystyce byłoby najwyższą chwałą – z drobnego obrazu przejść do objaśniającej opisywany świat metafory, w sferze literatury faktu może okazać się robotą wykonaną aż za perfekcyjnie.
Tak, nie przecierajcie oczu ze zdumienia – to nieprawdopodobne, ale wygląda, że zacznę się za chwilę czepiać, iż książka jest za dobra ;)
Spróbuję może nieco chaotycznie uzasadnić tą karkołomną i szaloną tezę.
Choć autorka wielokrotnie przypomina snując opowieść, że są to tylko fragmenty wybrane przez przypadek z ogromnej sumy ludzkich losów w Korei Północnej, choć wciąż podkreśla, że koleje życia przedstawionych tam bohaterów nie są w pełni reprezentatywne, że są to jedni z nielicznych, najodważniejsi, najbardziej zniechęceni, najmniej zindoktrynowani i ci którzy zdecydowali się na niezwykle ryzykowną ucieczkę, ryzykowną dla nich samych i pozostałej na miejscu najbliższej rodziny – to uwiedzeni wielowymiarowością, dramatyzmem i plastyką opowieści podświadomie skłonni jesteśmy do nieuprawnionych uogólnień i ocen, wierząc iż siła wizji autorki zdołała przenieść nas przez szczelną granicę kulturową; czujemy się napełnieni naiwną wiarą, iż rozumiemy coś z bezsensownej, okrutnej logiki północnokoreańskiego reżimu i zachowań uwikłanych w nim zwykłych ludzi.
I bez złych intencji, bezwiednie przykładamy do tamtego świata swoją miarę, zapominając iż należymy do niewielkiej, uprzywilejowanej, sytej i w miarę bezpiecznej części naszej planety; od niedawna – bo za pamięci żyjącego jeszcze pokolenia były i tutaj, u nas „Skrwawione ziemie” jak przypomina tytuł znakomitej książki Timothy Snyder'a, i u nas tyrani zabili czternaście milionów cywili i jeńców.
Ale czego w końcu bym chciał? Coś, co pewnie by w książce było, gdyby napisał ją ktoś od nas, czyli trochę więcej pokory, bezradności, niepewności – niewiele, tak odrobinę.

środa, 16 listopada 2011
"Drwal" - Michał Witkowski

Drwal - Michał Witkowski

W ektoplazmie zbiorowej podświadomości literackiej, zdarzają się zagęszczenia, zawirowania, które w mgławicowych zapętleniach rozczłonkowują się wielorakimi odnogami i wnikają w wyobraźnię pisarzy w różnych częściach świata; ci w rezultacie obdarzają nas dziełami nad wyraz podobnymi – w tematyce, konstrukcji, w sposobie użytych środków fabularnych, choć różnymi pod względem rangi i użytego talentu.
Tak sobie pomyślałem, gdy przed paroma dniami zdarzyło mi się przeczytać bardzo podobne choć i zdecydowanie odmienne dzieła.. „Mapa i terytorium” Michela  Houellebecqa, oraz będący tematem tej notki „Drwal” Michała Witkowskiego.
Krytyka ponowoczesności, miałkości i pustki współczesnej kultury, nietrwałości i płytkości związków międzyludzkich, wprowadzenie do fabuły wymienionej z nazwiska postaci autora, ostentacyjnie banalny, pretekstowy wątek kryminalny – to wręcz uderzające analogie, zbyt jaskrawe aby zrzucać je na krążące w powietrzu przeczucia i nastroje, ale nikogo nie oskarżam, nie mam twardych dowodów na jakąkolwiek inspirację ;)
Zresztą – dobre inspiracje, pomysłowo i kpiąco sparafrazowane, wzięte w nawias i wyraźnie podane nie są dla książki żadnym zarzutem, jeżeli jest interesująca, dobrze się czyta, animuje wyobraźnię i pobudza ciągi nieoczywistych skojarzeń, jeżeli jest złośliwa, prześmiewcza, autoironiczna, napisana językiem o zmiennym, niezwykle giętkim stylu, z lektury której może być zadowolony zarówno wyrafinowany intelektualista poszukujący szwów, w których dzieło nicuje samo siebie, jak i prosty czytelnik który chciałby zapełnić sobie zajmującą lekturą ponury jesienny wieczór.
Taki właśnie jest „Drwal”, pozornie banalna historia. Bohater powieści, Michał Witkowski  wykończony warszawką i pustym celebryctwem, nietypową porą – mrocznym i wilgotnym późnym listopadem jedzie do leśniczówki położonej niedaleko popularnego nadmorskiego letniska Międzyzdroje, by tam w spokoju napisać kryminał, który ma przynieść mu sławę i pieniądze. Pisanie zupełnie mu nie idzie, bo uwagę koncentruje głównie na swoim gospodarzu, milczącym, obojętnym na świat, ogólnie zborsuczałym i niewątpliwie kryjącym jakąś tajemnicę..
Z wierzchu wygląda to na literacką błahostkę, zabawę konwencjami, powtórzenie niektórych motywów z poprzednich książek autora; wykrzywionych, podkręconych w jaskrawym świetle campowej przesady i stylistycznej dowolności – ale dla mnie jest czymś więcej niż postmodernistyczną stylizacją na Chmielewską ;) to opowieść o zmaganiach pisarskich z rzeczywistością, z tworzeniem mapy dla otaczającego terytorium.
Z dziką przyjemnością ( wpadając w stylistykę autora ) śledziłem sytuacje, gdy autor wychodząc z najpospolitszego, surowego widoku zastanawia się nad jego podszewką, jak go zdefiniować, którą estetyką podążyć, jakiej wersji, tropu, interpretacji świata dać się ponieść; co mogą kryć ludzie zauważeni w przelocie, przypadkowo spotkani, jak mogą działać wpisani w narzucony przez autora literacki kontekst; jak odmiennie może wyglądać świat po nałożeniu na niego mapy czasami skrajnie przeciwstawnych, zderzających się wizji.
Na koniec drobny wyimek z dzieła – kogo trzeba zachęci, kogoś innego zniechęci, żeby nie było, że nie ostrzegałem :)
Międzyzdroje, odarte z ostatnich już letnich iluzji i marzeń o Las Vegas, stały w kałuży jak stara szczerbata i pastewna kurwa, która dostała nożem i stoi we krwi kapiącej po nogach (…) Pornografia nędzy i szarzyzny, rdzewiejące lody, zbutwiałe gofry, odłażące z farby kurczaki, wielka kiełbasa z rożna z której uszło powietrze, wielki Presley ruszający głową obsrany przez mewy, olbrzymi gofr sflaczały, czerwone żarówki rozbite. Scena – dyskoteka w pianie i bitej śmietanie – zamknięta, moknąca reklama Bols Vodka zdarta. Kiwający się na wietrze w przód i w tył wycięty z dykty człowiek jedzący loda. Niczym pijana kukła bez bebechów. Światła pogaszone. Szwedzi, jeśli jeszcze tu są, to w Hotelu Wiedeńskim upijają się na smutno, przy włączonych na full kaloryferach.

PS.I. Ostatnio zdałem sobie sprawę, że wyjęty z kontekstu fragment, choć charakterystyczny i reprezentatywny dla stylu autora mógłby sugerować totalną depresyjność, ponurość i ogólne zborsuczenie całej książki, ale nie – książka jest przede wszystkim niezwykle śmieszna, nie w sensie chichotliwości językowych i sytuacyjnych, ale w swoim kąśliwym, kpiarskim stosunku do rzeczywistości w której widzi nieudolnie ukrywaną tęsknotę za wyższością, pokraczną tandetę, pustkę maskowaną odrapanym blichtrem, ale i też bogactwo odniesień i sentymentów wywoływanych z nieodległej przeszłości przefiltrowanych przez popkulturę, na przykład z młodzieżowych powieści przygodowych, z „Dynastii”, ze skandynawskich kryminałów.

PS.II. Ale też, żeby nie było tak słodko – przeczytawszy wynurzenia autora i zapewne zaprzyjaźnionych z nim recenzentów, z których jednoznacznie i bez puszczania oka wynika, iż autor stworzył wciągający kryminał i to zgodnie ze ściśle skodyfikowanymi regułami sztuki, nie mogę powstrzymać się od ostrzeżenia : jako kryminał to kpina, żałość i żenada.. wolałem myśleć, iż to świadomy zamysł autora ;)

piątek, 04 listopada 2011
"Tony i Susan" - Austin Wright

Tony i Susan

Były mąż Susan, nie widziany od dwudziestu lat, prawie zapomniany –  nieoczekiwanie przysyła jej maszynopis swojej pierwszej książki.
Jest to jakaś wiadomość; ale ani Susan, ani my nie domyślamy się i długo jeszcze nie będzie dla nas jasne, co on chciał powiedzieć wiodącej uporządkowane, zwyczajne i do bólu regularne życie na sielskim suburbiu matce trojga dzieci, żonie znanego kardiochirurga i nauczycielce literatury w koledżu – co chce przekazać opowieścią  zatytułowaną „Nocne zwierzęta” – o doświadczeniu okrucieństwa i bezprawia, krańcowego bezmyślnego zła,  strachu i bezsilności, opowieścią o ostatecznej stracie i niechcianej zemście, która staje się nieunikniona, ale nie przynosi ulgi i oczyszczenia.
W niektórych recenzjach książka ta nazwana jest nieznanym, nieodkrytym jeszcze amerykańskim arcydziełem, połączeniem fabuły w stylu Cormac'a McCarthego i  wyrafinowanych, wystylizowanych rozważań wewnętrznych jak z Wirginii Woolf. Może to zbytnie pochwały, ale na tle produkowanych masowo thrillerów i konwencjonalnych, pseudointelektualnych powieści psychologicznych to zderzenie narracji jest niezwykle nośne, stwarza nieustanne napięcie w trakcie lektury, prowokuje do ciągłych pytań, również o naturę pisania i czytania, o grę autora z czytelnikiem.
Czy opowieść o krwawej zemście, jest zemstą byłego męża, jeżeli tak to za co, dlaczego sądzi iż osiągnie cel, czy wie coś o Susan, co ta lektura może obudzić; co pomoże jej sobie uświadomić to coś o czym zapomniała, o czym nie chce pamiętać? Czy chce jej tylko pokazać, że stał się jednak dobrym pisarzem, w co wątpiła na początku i ich małżeństwa i co pośrednio stało się przyczyną rozstania?
Nawet po przeczytaniu książki odpowiedzi nie są oczywiste, nie ma żadnej krwawej tajemnicy w życiu Susan, nic co wplatałoby się w mroczną fabułę podróży do niepokojąco blisko położonych granic człowieczeństwa, do pytań o krańce cywilizacji, kultury i prawa. Jest tylko jeden wieczór na łódce lekko znoszonej prądem, na spokojnym jeziorze o zachodzie słońca gdzie dwójka nastolatków wymienia parę z pozoru nieznaczących zdań, gdzie nic się nie dzieje, a przez to zdarzenie będzie widać jak w soczewce ich dalsze życie, ich wybory i decyzje.
Cisza. Na zewnątrz, w mroku na tle gwiazd błyska czerwone światełko; samolot – szum silników niknie w oddali, trzaskają zamykane drzwi, psy moszczą się w swoich legowiskach, bezpieczne codzienne wieczorne rytuały, zapadanie się w miękki kokon snu.. a całkiem niedaleko, za ścianą światła, zbierają się bezgłośnie nocne zwierzęta.

środa, 02 listopada 2011
"Ziarno prawdy" - Zygmunt Miłoszewski

Ziarno prawdy - Zygmunt Miłoszewski

Przyznam się bez bicia, że po tą książkę sięgnąłem lekko przymuszony przez okoliczności, w normalnych warunkach pozwoliłbym jej bez bólu pozostać w nieubłaganie rosnącej kategorii znanych ze słyszenia a nieprzeczytanych; pomnąc doświadczenie z „Uwikłaniem”, przy którym odpadłem w połowie. Nie ukrywam więc, że do autora jestem lekko uprzedzony i.. niestety suspensu nie będzie – po ostatniej lekturze uprzedziłem się jeszcze bardziej.
Pierwszy wniosek – dział promocji starostwa w Sandomierzu wykonuje bardzo dobrą robotę, z jednej strony „Ojciec Mateusz” z drugiej, zdecydowanie ostrzejszy, bardziej mroczny i brutalny kryminał, pewnie myślą jeszcze nad jakimś „Ustroniem nad zakolem” ( Wisły ;)
Ale Sandomierz zasługuje na lepsze książki czy filmy, i takie też już ma; nikt nie jest w stanie napisać o tym mieście lepiej niż Iwaszkiewicz czy Myśliwski w „Widnokręgu”. Ale tak naprawdę w „Ziarnie prawdy” nie ma Sandomierza, jest jakieś anonimowe, depresyjne, wilgotne, pozbawione ludzi miasto; ktoś kto nigdy tam nie był, musiałby podstawić sobie w imaginacji za miejsce akcji cokolwiek – Reykjavik¹, Ystad, Oslo czy Wrocław.. bo autor gdy mu się zdarzy już jakiś opis ma jakąś szczególną zdolność usypiania wyobraźni czytelnika i pozbawiania jej zdolności kreowania wymyślonego świata. Niestety ta zdolność rozciąga się też na aspekt tworzenia wyrazistych portretów ludzkich – dynamicznych, rozwijających się w miarę akcji bohaterów. Ma się wrażenie że w zamglonym mieście, gdzie ledwie widać zarysy budowli przemykają się marionetki niechlujnie wycięte z tektury, obijając się czasem o siebie, plącząc swoje sznurki którymi nad którymi nikt nie panuje.
Pewnie w zamyśle autora główny bohater, prokurator Teodor Szacki miał wpisać się w chlubny szereg doświadczonych, steranych życiem, ale wewnętrznie nieugiętych strażników sprawiedliwości i moralnego ładu w łajdackim i zepsutym świecie, a w książce stał się pospolitym katalogiem wszystkich przywar typowego warszawskiego palanta i buca, przerysowaną ilustracją stereotypów jakie na temat warszawki mają, lub wydają się mieć prowincjusze. Postępuje zgodnie z dewizą „działaj jak facet, bzyknij, myśleć będziesz potem”, przy czym sympatyczne nieskomplikowanie psychologiczne bohatera sprawia, iż trudno doszukać się w książce śladów ostatniego członu tej maksymy ;) Ale ciut go usprawiedliwiając, jego partnerki w najmniejszej mierze go do tego nie skłaniają, najważniejszym rysem ich literackiej konstrukcji i najbardziej eksponowaną cechą, czy są najlepszymi partiami w mieście, czy surowymi reprezentantkami aparatu sprawiedliwości – jest automatyczne uleganie urokowi naszego srebrnowłosego prokuratora.
Niestety sympatycznej prostoduszności postaci, jak z kart powieści milicyjnej nie towarzyszy podobna prostota kryminalnego wątku, który jest tak przekombinowany, że nawet przez chwilę nie budzi się w nas poczucie, iż w rzeczywistości mogło wydarzyć się coś tak niedorzecznego. Autor w jednym miejscu komplikuje śledztwo do granic absurdu każąc naszemu błyskotliwemu prokuratorowi rozważać subtelności cytatów z Biblii i jeździć z tym na konsultacje do lubelskiego rabina, a z drugiej strony sadzić takie błędy logiczne i proceduralne, że nie sposób uwierzyć iż wygrał dwadzieścia pięć spraw o zabójstwo – chyba że takich w których morderca gubi obok ofiary swój dowód osobisty ;)
Jedyną okolicznością, dzięki której nie uznałbym czasu poświęconego tej książce za absolutnie stracony są wstrząsające opisy autentycznych zbrodni z tamtych okolic, powojennych i z lat siedemdziesiątych; nawet zamulający styl autora nie potrafił wyżąć z nich powodującego dreszcz poczucia prawdy i autentyzmu, którego w całej książce tak dramatycznie brakuje.

¹) Czytałem ostatnio świetnego Arnaldura Indriðason'a, może stąd tyle żółci mi się ulało ;)

poniedziałek, 18 lipca 2011
Niekoherencja międzywarstwowa ;)

Nie raz zastanawiałem się dlaczego niektóre książki, od razu, od pierwszych zdań, jak za pomocą teleportacji wciągają nas bez reszty w swój wykreowany świat, przy innych idzie to stopniowo i mozolnie, lecz i one po pewnym wysiłku odkrywają swoje piękno; a są i takie, jakby ich rzeczywistość była odgrodzona od naszej wyobraźni szklaną taflą od której z uporem, bezsilnie się odbijamy, nawet wiedząc, iż to książka wartościowa, poruszająca istotne problemy i napisana świetnym językiem.
Pewien zarys pomysłu wiodącego do wytłumaczenia jednego z aspektów tego fenomenu przyszedł mi do głowy po przeczytaniu pierwszego akapitu ( dobrego w sumie ;) kryminału :
Ewa Maliwa od dawna miała ochotę go zabić. Uczucie narastało, kiedy wracał po pracy, wtaczał się, bodąc brzuchem powietrze, brzemienny swoim zmęczeniem, siadał, aż krzesło jęczało, podpierał głowę lewą ręką, w prawą chwytał łyżkę i rozpoczynał transport do ust, tak sprawny, że siorbanie nie milkło nawet na chwilę.
Przeczytałem to i poczułem dziwną konsternację.. Była na tyle silna, że zacząłem się nad tym zastanawiać i po chwili już się domyślałem – jak ogry, tak i książki mają różne warstwy, a tu  już na wstępie nastąpiła klasyczna niespójność przekazu racjonalnego z podświadomymi wyobrażeniami wywoływanymi przez użyte słowa i porównania, a jeszcze dodatkowo pojawiła się wewnętrzna sprzeczność w samych skojarzeniach i obrazach. Trudno uwierzyć, że aż tyle dysonansów i niezgodności może się zmieścić w paru zdaniach, i może to aż tak przeszkadzać w odbiorze; ale mnie to drażniło – spróbuję uzasadnić dlaczego.
Racjonalny przekaz jest jak każdy widzi, a obrazy?
Słowo bodąc – wywołuje wyobrażenie byka, siły, energii, potencji twórczej, jurności, gwałtowności, a zderza się z wtaczaniem, brzuchem, oklapłością, obwisłością, żaden spójny obraz wracającego po pracy mężczyzny nie ma szans się z tego wyłonić; a już następny wyraz dodaje kolejną, potężną porcję zamętu, wprowadzając jeszcze pomieszanie płciowe – brzemienny, to ewokuje serię związków z macierzyństwem, czułością, bezbronnością, nowym życiem, chęcią opieki i ochrony, a te tuż za przecinkiem rozbijają się o pozę frasobliwego myśliciela z następnym transportem skojarzeniowych metafor, a na końcu, już na deser przy siorbaniu sama fraza „transport do ust” zgrzyta jak wóz na piaszczystej drodze, wiozący żywiec do rzeźni.
Ale potem niekoherencja zasadniczo zanika, autorka nie stara się już być poetką :) i książka

Kobieta bez twarzy - Anna Fryczkowska

„Kobieta bez twarzy” – Anny Fryczkowskiej staje się wciągającym, niekonwencjonalnym, przewrotnym kryminałem, a i kpiną z nadmiernie rozlewającego się po empikowych półkach pewnego wzorca kobiecej literatury; tej o poszukiwaniu nowego miejsca w życiu na odległej wsi wśród prostych, poczciwych, przyjaznych ludzi, o porzuceniu zgniłego miejskiego świata na rzecz nieskomplikowanych przyjemności prowincji, by po ciężkich przejściach, traumach, tragediach odzyskać wewnętrzny spokój i radość życia wśród nieskażonej natury. Autorka na szczęście nie dokonała mechanicznego odwrócenia schematu i nie rzuciła rozbitej samobójstwem męża, pogrążonej w depresji bohaterki na popegeerowską wieś jak z filmu „Arizona”, gdzie walczyłaby ze złem wśród malowniczych widoczków zataczających się na błotnistej drodze tubylców, wśród bitych żon, molestowanych dzieci, rozkładu, rozpadu, upadku i degrengolady ;)
Na wsi gdzie trafiła jest pozornie zwyczajnie i normalnie, a zło jest bardziej ukryte, głęboko zakorzenione, wrośnięte w społeczność i przez to tak potworne..
Największą siłą książki jest zbiorowy portret mieszkańców, zawarty w rozmowach, rodzajowych scenkach, oszczędnych opisach; a zupełnie rewelacyjnym pomysłem jest naprzemienna, kontrapunktowa narracja prowadzona kolejno przez bohaterkę i jej dziesięcioletnią córkę, która swym dziecięcym poczuciem humoru, dystansem, świeżością spojrzenia przełamuje mroczną, duszącą atmosferę grozy i osaczenia  jaka powoli narasta w relacji jej matki.
Choć w wielu punktach miałbym uwagi do logiki kryminalnego wątku, do głębszego psychologicznego uzasadnienia motywów działań mężczyzn ( bo portrety kobiet mimo że oszczędne i budowane delikatną kreską są świetne ), niemniej to od wielu lat jedyny polski kryminał który przeczytałem do końca, i to z przyjemnością, zainteresowaniem i napięciem.

niedziela, 01 maja 2011
"Instytut" - Jakub Żulczyk

Instytut - Jakub Żulczyk

A jednak jest polska literatura popularna, którą można przeczytać bez znudzenia, zniecierpliwienia i mdlącego uczucia zażenowania. Przypuszczalnie gdzieś tam była wcześniej, ale ja odkrywam ją dopiero teraz ;) Z oczywistych metrykalnych względów nie dla mnie są opowieści grocholopodobne o czterdziestolatkach+ odnajdujących nową szansę w życiu, czy jajcarskie perypetie rozdokazywanych singielek; a i trochę niesprawiedliwie, idąc za pierwszym wrażeniem zraziłem się do Marka Krajewskiego gdy wśród ulic smacznie i stylowo odmalowanego przedwojennego Wrocławia zamiast zapowiadającego się z początku realistycznego kryminału wywiódł w rezultacie kretyńską historię wielowiekowej zemsty rodów rycerskich datującą się od czasów wypraw krzyżowych ;(
Oczywiście „Instytut” z realizmem też nie ma wiele wspólnego, ale jest to inteligentna i zręcznie prowadzona gra z jasno wskazanymi przez autora konwencjami i kliszami popkultury – od razu można natknąć się na wyraźne ukłony w stronę Kinga ( autor kilkukrotnie używa przy różnych okazjach słowa „lśnienie”, nie bez powodu ;) oczywiste jest nawiązanie do „Dziecka Rosemary”, do licznych horrorów, na temat których nie będę się mądrzył, bo ten rodzaj emocji zupełnie do mnie nie przemawia i wątek obcych „onych” nie przemówił i nie przestraszył i tym razem, ale ja jestem specyficznym egzemplarzem i prawdziwego konesera przy tej lekturze na pewno lęk schwyci w swoje lodowate łapy :) 
Nieźle bawiłem się grą jaką autor prowadzi z czytelnikiem, umiejętnie podrzucając tropy i znaki, jak zwodząc wpuszcza w ślepe uliczki, każąc się zastanawiać gdzie umieścić umowną, domyślną granicę między fabularną rzeczywistością a wizją i majakiem, czyli brutalnie rzecz ujmując czy i w którym momencie bohaterka wyzwala się z pęt rzeczywistości i zaczyna się jej wyjątkowa ciężka jazda po uderzeniowej mieszance alkoholu i innych wspomagaczy świadomości ;)
Bardzo efektowne fabularnie są też retrospekcje w formie skrajnie subiektywnej narracji bohaterki, która sugestywnie i emocjonalnie sprzedaje nam swoją historię wraz z wszelkimi pokrętnymi motywami i usprawiedliwieniami jej dość ( eufemistycznie ) odstręczającego postępowania a zasługą autora jest, że kupujemy jej punkt widzenia, rozumiemy ją i rozgrzeszamy. Ale jest to też niezwykle intrygujące, gdy tą historię odsączyć do gołych faktów i spojrzeć na nią oczami innych osób, a szczególnie jej męża. Przeprowadziłem taki eksperyment czytając niektóre fragmenty po raz drugi ( co rzadko mi się zdarza ) i zastanawiam się czy to był zabieg literacki zupełnie świadomy, przeprowadzony z założonym planem, z dojrzałym użyciem zręcznych pisarskich  chwytów, czy tak samo wyszło; bo z drugiej strony podbudowa, jakieś uzasadnienie  psychologicznej konstrukcji bohaterki jest zupełnie położone – we własnych wspomnieniach pojawia się od razu na drugim roku ASP, bez dzieciństwa, bez wyraźnej wzmianki o stosunkach z rodzicami, bez miejsca gdzie z nimi mieszkała; jedynie z jawnie papierową babką Werą, ( trochę w stylu Lali Dehnela, ale bardzo szczątkowo zarysowaną ) dzięki której dostaje w spadku mieszkanie – ów „Instytut”.
Summa summarum – mimo pewnych logicznych niedoróbek, niekonsekwencji i potknięć, które łatwo wytknąć, jest to zgrabny kawałek niegłupiej rozrywki, w której jak ktoś chce, może dopatrzeć się drugiego i trzeciego dna; a jako duży bonus dostajemy też dosadny i złośliwy humor, żywy język tylko trochę trącących kliszą i stereotypem postaci drugiego planu.
Polecam, bo na pewno o autorze jeszcze usłyszymy, choć nie jestem w stanie jeszcze przewidzieć czy to dobrze czy źle ;)

PS.  21.05.2011
W moim wielokrotnie już wspominanym, nieocenionym kanale filmowym HD obejrzałem niedawno film Martina Scorsese „Wyspa tajemnic” i znów moje poczucie oryginalności mocno dostało po głowie. Zarysowana powyżej interpretacja wprost zawiera się w tym skądinąd świetnym, stylizowanym w sposobie kadrowania, scenach, narracji na klasycznych kryminałach Johna Hustona i Alfreda Hitchcocka filmie; ciekawe czy autor też go widział przed napisaniem książki, i czy próbował się inspirować.. tak czy tak – musi się jeszcze dużo nauczyć ;)

środa, 20 kwietnia 2011
"Wielki bazar kolejowy"- Paul Theroux

Wielki bazar kolejowy

Już Borges w „Bibliotece Babel”, czy ostatnio Neal Stephenson w „Peanatemie” powtarzali, iż wszystkie idee zostały już pomyślane, wszystkie zdania napisane, jedyne co możemy robić to żonglować zapożyczeniami lub cytatami, a złudzenie samodzielnego autorstwa wcześniej czy później zostanie nam bezlitośnie odebrane.. Jednak nie przypuszczałem, że świat jest aż tak szyderczy i okrutny, iż nastąpi to tak szybko i nie pozwoli mi trwać w iluzji względnej oryginalności nawet na tym drobnym skrawku czasu między notkami ;)
Parę myśli o podróżowaniu, które chciałem zawrzeć na początku poprzedniego wpisu znalazłem wprost, bardziej dosadnie, przejrzyściej i precyzyjnej wyrażone we wstępie do świetnej a bardzo niekonwencjonalnej książki podróżniczej Paula Theroux –  to drobne wyjątki :
Od zawsze nienawidziłem zwiedzania (…) piramidy, Tadź Mahal, Watykan, obrazy tu, mozaiki tam. Wyglądało na to, że w wieku masowej turystyki wszyscy jeżdżą oglądać to samo i że tym właśnie zajmuje się pisarstwo podróżnicze. Od tych książek wiało nudą. Nudziarze je pisali i nudziarze czytali.
Samotność, samowystarczalność i anonimowość – to warunki konieczne podróży. Podróż wymaga całkowitego oddania, trzeba się w niej zanurzyć, musi być długą, świadomą wyprawą w głąb kraju, a nie przenoszeniem się z miejsca na miejsce.
Jak widać autor postanawia być przeciwieństwem tej ogromnej kohorty przemieszczających się, zaliczających widoczki, pstrykających, wessanych w rozpędzony młyn, w wielką fabrykę dostarczającą standaryzowanych przeżyć – chce świadomie odróżnić się od ofiar przerażającego zjawiska jakim w ubiegłym wieku stała się masowa turystyka. Nie wykreśla sobie szczegółowego harmonogramu trasy, nie zaznacza na nim zabytków, miejsc które musi odwiedzić; najważniejsza będzie sama podróż – przemieszczanie się, zanurzenie się w przestrzeni i czasie, rejestracja przypadkowych spotkań, wrażeń, notowanie zmian jakie monotonia krajobrazów zaokiennych zostawia w nim samym; przy tym nie uniknie złośliwości, sarkazmu, niesprawiedliwych i stronniczych ocen, czasami bezradności w pojmowaniu otaczającego go świata przechodzącej w obojętność, a na koniec podczas pokonywania Syberii – w odrazę z domieszką paranoi ;)
Czyli tak naprawdę nie jest to książka podróżnicza, choć autor niejednokrotnie, jakby wbrew sobie i deklarowanej niemożności przeniknięcia przez migające za oknami wagonu widoki daje przykłady głębokiej wiedzy i erudycji, lecz przez większość podróży obnosi się  ( jak to ładnie określił w ostatnim wywiadzie Jerzy Pilch, mówiąc oczywiście o sobie ) z twarzą ponurego buca oddającego się nikczemnym rozmyślaniom ;) A że i ja takiej postawy jestem nieśmiało aspirującym adeptem, jak łatwo można sprawdzić po innych moich notkach, więc przeczytałem całą książkę z niesłabnącą przyjemnością szczególnie ciesząc się kawałkami takimi jak zwiedzanie wyjątkowo zapuszczonej świątyni w Indiach, ze znajomym Hindusem, podobno znawcą tematu  gdzie okazało się, że on kompletnie nie ma pojęcia co zacz te ruiny i przez kogo lecz z niesłabnącą pewnością wymyśliwał zupełnie odjechaną chronologię ich powstawania i upadku; co wydało mi się świetną metaforą wszelkich wycieczek z przewodnikiem – gdzież on może sobie gadać co chce, a zagonieni turyści i tak nie słuchają, a jak słuchają, to nie rozumieją, a jak rozumieją to i tak od razu zapomną, a wszystkie muzea, miasta i widoczki zleją im się wkrótce w jedną nierozróżnialną magmę.
Podobno w następnych książkach autor bierze już bardziej na serio wymagania prozy podróżnej, ja biorę się za „Pociąg widmo do gwiazdy wschodu” ale nie wiem czy będzie mi się tak podobać :)

PS.
Witold Szabłowski, w nowym magazynie „Książki” recenzując książkę Jennie Dielemans „Witajcie w raju” pisze :
Turystom dano do ręki bardzo delikatną materię – poczucie godności innych ludzi. Na razie – niezależnie, czy to turyści typu last minute, czy lonely planet – zachowują się jak małpa z brzytwą. Lepiej im czym prędzej tę brzytwę zabrać. Nie jesteśmy ani gotowi, ani wystarczająco dojrzali, by tyle podróżować. Nie mamy szansy być. (...) Wniosek z lektury Jennie Dielemans jest jeden: podróżowanie w dzisiejszym stylu jest złe, szkodliwe i odrażające, w dodatku daje złudne i niczym nieuzasadnione poczucie poznawania świata.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7