Teraz czytam





Kategorie: Wszystkie | czytam | oglądam | takie tam | ćwierćwidoki
RSS
środa, 11 lipca 2018
„Żmijowisko” - Wojciech Chmielarz

Onegdaj zniechęcony Miłoszewskim, nie tak dawno rozczarowany Bondą - królową wywiadów i foto sesji w magazynach glamour, bywalczynią pasm śniadaniowych w telewizorach, a nazwaną nie wiedzieć czemu królową polskiego kryminału ( bo zaiste nie wiem - zdołałem zmęczyć jedynie parędziesiąt stron jej rozwlekłej i chaotycznej prozy nim w odruchu samoobrony wykasowałem spiracone e-booki ) tak totalnie uprzedzony postanowiłem nie tykać się czegokolwiek co miałoby  jednocześnie związek ze słowami „polski” i „kryminał”.
Jednakowoż ostatnio z różnych stron dochodziły do mnie wiadomości o pojawieniu się pisarza coraz bardziej aktywnego w sferze której tak solennie przysiągłem unikać - wiadomości zaskakująco pozytywne, czasami nawet entuzjastyczne, a jak w końcu zobaczyłem go w telewizorze gdzie wyglądał normalnie i wypowiadał się sensownie, nie miałem wyjścia - jego najnowsza książka powędrowała na szczyt podręcznego stosu do przeczytania.
No ale nie, takiego zwrotu akcji jak w jego „Żmijowisku” nie będzie - nie wybuchnę entuzjazmem i nie zagłaszczę autora pochwałami, choć co tam znalazłem i tak o wiele długości przekroczyło to, czego w swoim uprzedzeniu i zniechęceniu mogłem się spodziewać ;) Może dlatego, że w istocie jest to thriller psychologiczny gdzie zbrodnia się przytrafia a wcale nie musi się zdarzyć, a sama zagadka kryminalna jest dodatkiem do analizy psychologicznej i społecznej szerokiego spektrum ambicji, marzeń, kompleksów, ograniczeń, rozczarowań a i śmiesznostek aspirującej klasy średniej.
Nawet nie przeszkadza, iż łatwo się zorientować z jakich klocków autor buduje narrację, łatwo rozpoznać głośne przed niewielu laty wydarzenia, a na miejscu Patricii Kasadi zastanowiłbym się czy nie pozwać autora za bezprawne wykorzystanie wizerunku, z drugiej strony przedstawił bohaterkę wzorowaną na niej w bardzo pozytywnym świetle, więc nie jest tutaj wykluczone porozumienie agentek - co byłoby piętrową ironią, bo w książce niemało miejsca zajmuje problem utrzymania ulotnej celebryckiej sławy za pomocą precyzyjnie kreowanego i sterowanego PR'u.
I Smarzowski też mógłby zgłosić się po tantiemy, bo finał z alkoholem i nieodzowną siekierą jest wprost z „Domu złego”, z kolei sposób prowadzenia narracji bardzo przypomina serial „True Detective”. Ale to nie zarzut, gdy rezultat jest niezły wiele może zostać wybaczone. Mówię całkiem niezły, a nie bardzo dobry - bo jednak zachowanie, motywacja działań paru osób po tragicznych wydarzeniach wydaje mi się psychologicznie całkowicie niewiarygodna, tak mogliby się zachować kompletni socjopaci, którymi przecież nie są - na to miano zasługuje z zastrzeżeniami co najwyżej jedna postać, raczej śmieszna i politowania godna niż groźna czy demoniczna. Tu przyszła mi na myśl scena z „True Detective”, kiedy patrząc na ludzi w namiocie wędrownego kaznodziei jeden z policjantów mówi - „Ci raczej nie rozbiją atomu, ani nie wprowadzą spółki na giełdę” - gdy ktoś nie wyróżnia się przez całe życie, trudno aby nagle i w dodatku w stanie najwyższego napięcia zaczął zachowywać się, jakby nieoczekiwanie nabrał lodowatej logiki i przemyślności Hannibala Lectera. Czepiam się, wiem - i tak jest to najlepszy kawałek kryminalnej prozy jaki ostatnio czytałem, z interesującymi, zróżnicowanymi, niestereotypowymi bohaterami wielostronnie skonfrontowanymi ze sobą, w gęstej siatce zazdrości, strachu, podziwu i obaw, kawałek pełen scen w których niemal wyczuwa się iskrzące między postaciami uczucia, przepływające napięcie po wymianie paru pozornie nieznaczących słów czy ledwo dostrzegalnych gestów.
Świetny jest też zbiorowy portret klasy średniej, tak wdzięczny temat amerykańskich książek, filmów i seriali, temat jeszcze rzadko spotykany u nas - zabawa w posiadanie, w przewagę, w poniżenie, kto jest lepszy, kto gorszy, kto wygrał a kto przegrał, gra w okłamywanie siebie, gdzie prawda wychodzi na wierzch w nagłych wybuchach, nielicznych chwilach utraty kontroli prowadzących czasami do zbrodni która nie rozwiązuje niczego - następnego dnia po mrocznej nocy świat się wygładza, wstaje słońce i w podmiejskich suburbiach znów słychać warkot kosiarek przycinających szmaragdową trawę, i tylko czasami można w niej znaleźć odcięte równo ludzkie ucho.

niedziela, 01 lipca 2018
"Zimna wojna" - Paweł Pawlikowski

Zimna wojna - plakat 

Choć wiem, że nie napisze niczego nowego i odkrywczego, czegoś co mogłoby się wyróżnić na tle zalewu zachwytów i wezbranej fali czołobitnego ale i z lekka bezradnego podziwu, to jednak zobaczywszy jeden z najlepszych filmów ostatnich lat nie mogę nie napisać niczego.
To esencja z esencji – kilkanaście lat wydestylowane do parunastu scen, z minimalną ilością słów, gdzie wszystko co się dzieje w każdym fragmencie kadru ma wielopiętrowe znaczenie. Od metafizyki i polityki po to co najważniejsze – to co się dzieje między dwojgiem skazanych na siebie ludzi. Skazanych niezbadanym wyrokiem, bo bardzo się od siebie różniących, zdecydowanie niepasujących do odgrywania dla tego drugiego roli brakującej połówki jabłka. Co sprawia, że związek przynoszący cierpienie, tęsknotę, niespełnienie i tylko czasami niezmiernie rzadkie chwile nieopisanego szczęścia jest tak niezbędny do życia? Dlaczego tak się dzieje, że nie są ważni jej mężowie, kochankowie, dziecko, nieistotne są jego związki – oboje wiedzą – mimo całego bólu jaki sobie zadają, że są dla siebie jedyni i sobie przeznaczeni.
Widać jak bardzo osobiście w tę historię zaangażowany jest reżyser, nie ukrywa że jej kanwą są dzieje jego rodziców, widać rękę starego mistrza – Janusza Głowackiego, który o związkach między kobietą a mężczyzną wiedział jak mało kto. „Lata ciężkiej pracy” miał ponoć odpowiedzieć na pytanie dziennikarki skąd bierze się jego reputacja znawcy kobiecej natury ;)
Wiele padło głosów, że jest to spóźniony film szkoły polskiej, inni mówili że to film nowofalowy – ale wbrew czarno-białej stylizacji i archaicznego formatu jest niezwykle współczesny. Opowiada o czasach szarych i duszących w sposób który jest czytelny na całym świecie – czyż eliminacje do zespołu pieśni i tańca nie przypominają jakiegoś obecnego talent show? Czy kompromisy na które muszą iść artyści nie przypominają wymuszonych ustępstw w jakiejś korporacji, koniecznych aby utrzymać klienta i zrealizować projekt? Nie przeciwstawia też absolutnego zła komunistycznej władzy pięknemu i swobodnemu życiu na bogatym zachodzie – pokazuje prawdę która jest coraz powszechniejszym doświadczeniem w kraju jeszcze nie tak dawno bezkrytycznie zapatrzonym w kapitalistyczne idee, że życie i po tej i po tamtej stronie muru może być podobnie okropne.
Film niby krystalicznie prosty ale gdy przyjdzie się nad nim głębiej zastanowić niezmiernie wyrafinowany, niejednoznaczny, nie dający łatwych odpowiedzi a dotykający niewyrażonej tajemnicy – tak jak to właśnie mają największe arcydzieła.
 

piątek, 23 marca 2012
"Dziewczynka, która widziała zbyt wiele" – Małgorzata Warda

Dziewczynka

Niedawno ktoś mi powiedział coś, czego się od dawna domyślałem – moje recenzje to  bardzo jednostronna seria z cyklu „Lektury z grubej rury” a że życie wypełnione wyłącznie poważnymi sprawami to perspektywa nie do zniesienia usłyszałem iż należy go także trwonić na bezsensowne a przyjemne głupstwa.. Nie sposób było zaprzeczyć tak postawionej tezie, bez zwykłej w takich razach rytualnej i przekornej dyskusji ze zwieszoną głową przyznałem rację, tak rzeczywiście jest.. i w rezultacie zostałem subtelnie wrobiony w zamówienie, aby napisać o czymś lżejszym, przy czym sama definicja pojęcia nie padła.
I aby spełnić to wymagające sporego samozaparcia żądanie wybrałem się na zwiad; nie idąc na łatwiznę zstąpiłem w książkowe piekło i czyściec jednocześnie – między półki z wyrobami książko-podobnymi w podmiejskim supermarkecie, stawiając sobie zadanie wpierw uściślenia owych kryteriów lekkości a potem wybrania odpowiedniego obiektu. Z osłupieniem stwierdziłem, jak bardzo dotychczas miałem zawężone pojęcie co można uważać za książkę; cóż pozostało mi wytrzymać, przeprowadzić badania terenowe i nie tyle dowiedzieć się co czyta ludzkość ( bo ta jak wiadomo z licznych badań w ogóle nie czyta – istotnie między półkami nikogo nie było ) ale z braku innych opcji wydedukować, co wydawcy sądzą, co owa ludzkość mogłaby ewentualnie przeczytać, a co podpadałoby pod zlecone kryteria lekkości.
Ale nie liczcie na opowieść o nastolatce z Oregonu, która zatrudnia się w cyrku jako opiekunka zwierząt i poznaje białego tygrysa. To hinduski książę zaklęty przed wiekami przez złego czarownika. Dziewczyna jedzie do Indii, by pomóc tygrysowi zdjąć ciążącą na nim klątwę, a tam okazuje się, że tygrysy są dwa i że drugi książę, czarny tygrys (równie przystojny, gdy zmienia się w mężczyznę), również podkochuje się w dziewczynie. A ona ma dylemat - którego wybrać? ( Colleen Houck ''Klątwa tygrysa'' ) – tak, też sam nie wierzyłem, jak przeczytałem ten trajler, ale za parę tygodni będzie to popularniejsze niż „Zmierzch” ;)
Wyzłośliwianie się nad zawartością półek, skąd w całych rzędach szczerzyły kły wampiry, przezornie oddzielone od pastelowych barw różnych sielskich toskanii i prowansji w wersji glamour, a w wersji bardziej swojskiej różnych poczekajek, cukierni i dworków byłoby zabiegiem zbyt łatwym i banalnym aby go rozwijać, więc pominę ten wątek, zmierzając wreszcie do meritum – wśród tego wszystkiego wypatrzyłem na dolnej półce książkę, która.. 
No i znowu nie trafiłem, lekko nie będzie ;)
To była właśnie „Dziewczynka, która widziała zbyt wiele” Małgorzaty Wardy.
Zanim zacznę się jak zwykle czepiać, od razu mówię : to jest dobra książka, i nie z uwagą – jak na rezydentkę dolnej półki w supermarkecie, nie jako powieść obyczajowa, ale jest dobra najogólniej literacko, jeżeli taki stwór, jak obiektywne literackie kryterium istnieje ;)
I mam z nią kłopot ( wiem, tak zaczynają się tysiące recenzji ) bo świetnie się czyta, napisana jest niezwykle sprawnie, bez rozwlekłości, mizdrzenia się, pretensjonalności i marudzenia, z precyzyjnie poprowadzonym wątkiem gdzie poprzez krótkie, nieco filmowe cięcia, dynamiczne ujęcia płynnie zmieniają się czasy akcji, narratorzy, punkty widzenia – zgodnie z wszystkimi regułami sztuki. W paru skondensowanych słowach, drobnych gestach, odruchach, przebłyskach wspomnień odsłania się prawda, lub to co my uważamy za prawdę; autorka zręcznie myli tropy, lecz nie też nie gmatwa zanadto i nie udziwnia. Zdołała mnie zaskoczyć zakończeniem, bo choć ogólnie przewidziałem rozwiązanie, to jednak spodziewałem się czegoś trochę mroczniejszego i bardziej tragicznego.
Gdyby autorka była Amerykanką i miała dobrego agenta już podpisywałaby kontrakt na scenariusz do filmu w którym Meryl Streep albo Glenn Close zagrałaby depresyjną matkę, o wyrazistą rolę uderzająco przystojnego a udręczonego, utalentowanego brata tytułowej dziewczynki biliby się młodzi aktorzy, a reżyserować mógłby nawet Sam Mendes.
Ale jednak czegoś mi w niej brakuje; może to jest wybitnie moje subiektywne odczucie, bo miałem je też podczas czytania poprzedniej książki autorki – „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”. Miałem wrażenie jakby to był tylko szkic, jakby ledwie narysowane rozchwianą kreską postacie autorka zmusiła do życia, do istnienia i działania w podobnie niedorysowanym, bezbarwnym świecie, w którym brakuje światła, odcieni, gry barw, w świecie w którym zmysły i wyobraźnia nie mogą się pożywić. Przyszedł mi na myśl „Książę przypływów” Pata Conroy'a który bardzo podobną tematykę jakże tragiczną i bolesną ujmował w całkiem inny sposób, nasycony sensualnością, otaczającym światem, z nierozłącznie zanurzonymi w nim ludźmi.
Może to defekt mojej wyobraźni, ale w tej książce widzę tylko płaski pierwszy plan i to niewyraźny, bardzo umowny, nie widzę ludzi, wnętrz, domów, nie widzę Sopotu, lasu, morza.. jakbym oglądał film w którym awangardowy reżyser przesadnie stosuje małą głębię ostrości do uwydatnienia bliskich szczegółów które stają się przesycone, hiperrealistyczne a przez to tak naprawdę oddalają się od realności i ześlizgują w abstrakcję.
Ale przeczytać naprawdę warto :)

niedziela, 19 lutego 2012
"Obsoletki" - Justyna Bargielska

Obsoletki - Justyna Bargielska

Harfa daje radę
To jest ten moment, w którym wszystko jest na swoim miejscu,
mąż przy stole a nie mąż w pociągu,
dzieci donoszone w kojcach a upuszczone w otchłani,
pies w czystej pościeli a śmierć zawsze za progiem.
Nic, o czym chcielibyście pisać, się nie wydarzyło,
więc moc nie musi truchleć.
I nie truchleje.
Nikogo tu nie zapraszam,
z nikim się nią nie dzielę.

Przekraczam na blogu kolejną granicę, dziś po raz pierwszy pojawiła się poezja; bez obawy, będzie o prozie – o wierszach nie potrafię pisać, te strofy niech to będzie pewien sposób wyróżnienia autorki, podkreślenia, że przede wszystkim jest poetką ( tu z pełnym i zasłużonym szacunkiem :)
Z przeczytaniem jej „Obsoletek” długo się ociągałem wymyślając sto pięćdziesiąt ważnych powodów – podejrzewając kolejne wysilone, pretensjonalne językowe eksperymenty w stylu nowej polskiej prozy kwaszącej się w swoim sosie; a jak już zacząłem czytać wyklinałem moją głupotę, że tak długo pozbawiałem się przeżycia niezwykłego, porywającego, uderzającego w najczulsze punkty.. od książki przez parę godzin nic nie mogło mnie oderwać; szkoda tylko, że jest tak krótka, 87 stron co prawda drobnym drukiem, ale to stanowczo za mało.
Kilkadziesiąt mikro-opowiadań, zabójczo zwięzłych, precyzyjnych językowo i pojęciowo; a przewrotnych, głęboko ironicznych podszytych wyczuwalną, udomowioną, z lekka makabryczną grozą.
Przykład :
Na pokropku byłam też ostatnio.
Gdy dziecko umiera bez chrztu i jest bardzo maleńkie, tak do trzynastu centymetrów, robi się mu pokropek zamiast pogrzebu. Jest to jakaś możliwość, z której można skorzystać. Na pokropku było ze trzy czwarte tuzina osób, które patrzyły na pudełko zawierające pokrapianego z pewnym dystansem. Pudełko pomalował w części wesołej ojciec a w części stonowanej – matka, w części ojca był srebrny saab, kolejka, ludzie podnoszący ręce do góry, w części matki były fioletowe i błękitne mazaje typu narkoza dożylna. Dominikanin zdjął kaptur, powiedział formułę i popłakaliśmy się, wszyscy zdystansowani. Chciałabym mieć w domu takiego dominikanina do płaczu. Grabarze odsunęli płytę za pomocą podłożonej okrągłej belki i pomyślałam sobie, że może tak wynaleziono koło: jakaś obca cywilizacja dała nam któregoś dnia grób z płytą, a myśmy myśleli, jak tę płytę odsunąć i wymyśliliśmy okrągłą belkę, i weszliśmy do tego grobu, i przylecieliśmy nim na ziemię. Potem grabarze włożyli pudełko, przysypali i przykryli płytą, ale nic mi nie wiadomo o tym, żeby mój pokropiony siostrzeniec gdziekolwiek odleciał. Zostawiłam mu białe kwiatki typu eustoma, ale od smutnego pójścia do kawiarni wymówiłam się.

Śmierć podszyta śmiechem, groteska w obłaskawianiu spraw nie do rozpoznania, nie do pojęcia, dochodzenie do uświadomienia sobie łatwości z jaką można wszystko stracić, do kruchości naszego poczucia bezpieczeństwa, z codziennością i zwykłością w jej całej banalnej śmieszności w tle, nagle przechodzącą w śmieszność ostrą i morderczą jak błyszcząca brzytwa błyskotliwie okrawająca rzeczywistość, wpasowującą ją w ściśle dobrane choć z pozoru absurdalnie nieodpowiednie słowa.
A najbardziej zadziwiające jest to, że tematykę tych ultra-miniopowiadań można uznać za skrajnie, krańcowo kobiecą – strata nienarodzonego dziecka, próba radzenia sobie z tą traumą, porody kolejnych dzieci, mąż, rodzina, przyjaciółki, kot. Wszystko co kojarzy się z rozmamłaniem, rozlewnością, nieopanowaniem uczuciowym, sentymentalizmem, byciem matką Polką, czy matką udręczoną. Tu jawi się raczej matka wyrodna w swoim najbardziej pozytywnym, wyrafinowanym wydaniu, bezwzględna wobec siebie, swojego naznaczonego przez biologię i kulturę losu i powtarzając za dawno młodo zmarłym poetą – potrafiąca śmiać się z własnego trupa. Głębinowe lęki, bolące wciąż rany łagodzi.. można by napisać konwencjonalnym tropem interpretacyjnym, ale tak naprawdę ona je ze spokojem rozszarpuje, aby bolały jeszcze bardziej, zarazem przygląda się im z kosmicznym chłodem i dystansem. Z dystansem do najintymniejszych, najgłębszych wciąż jątrzących przeżyć, ale bez żadnego nawet zawoalowanego, zaplanowanego ekshibicjonizmu, bez żadnego epatowania – taki jest los, takie jest życie, czy jesteś kotem, czy kobietą, czy innym bytem jesteś wrobiony w istnienie, nikt cię wcześniej nie spytał czy wolałbyś aby Cię po prostu nie było. (opowiadanie „O wyrzucaniu z ust swoich”)
Zjawisko. Kto nie przeczyta jego strata.

czwartek, 05 stycznia 2012
"Pod mocnym aniołem" - Jerzy Pilch

Pod mocnym aniołem

Tak zaczyna się owa książka :
Zanim pojawili się w moim mieszkaniu mafiosi w towarzystwie śniadolicej poetki Alberty Lulaj, zanim wyrwali mnie z pijackiego snu i zanim jęli się domagać – wpierw obłudnymi prośbami, potem bezpardonowymi pogróżkami – bym ułatwił druk wierszy Alberty Lulaj na łamach „Tygodnika Powszechnego”, zanim nastąpiły burzliwe wydarzenia, o których pragnę opowiedzieć, była wigilia wydarzeń, był zaranek i był wieczór dnia poprzedzającego, i ja od zaranka do wieczora dnia poprzedzającego popijałem brzoskwiniówkę. Tak jest, piłem brzoskwiniówkę, zwierzęco tęskniąc za ostatnią przedśmiertną miłością i po uszy tkwiłem w życiu rozpustnym.
Są takie frazy, takie strony, takie książki które nie wiadomo ile razy czytane, od czasu do czasu gdy przychodzi ich pora domagają się przeczytania jeszcze raz; i wtedy gdy znękany codziennością duch niehumanitarnie osłabnie – w zbożnych celach jego pokrzepienia, wyniesienia z dusznych oparów i mroków przyziemności; i też gdy krotochwilnie rozradowany, czy w rozleniwiajaco bezmyślnym nastroju – aby mu przydać głębi moralnej i ciemnej egzystencjalnej trwogi. Są takie książki, którymi ( jak widać ;) po tylu latach intymnego obcowania można byłoby nawet nieudolnie pisać, koślawo naśladując ich niepodrabialną frazę; dziwiąc się, wciąż zastanawiając i rozważając dlaczego akurat ta z setek innych zalegających na półkach domaga się wzięcia do ręki, dlaczego wzywają nas do powtórnych odwiedzin doskonale znani bohaterowie, którzy przecież na tych samych stronach wciąż mówią to samo..
Dzieje się tak, choć wiemy, że obok leżą książki lepsze, kunsztowniejsze w formie, przenikliwsze w odsłanianiu poplątanych tajemnic indywidualnej psychiki i zbiorowego, społecznego życia – to sekret którego nie mogę i nie chcę rozwikłać ( pozostając w stanie literackiej bezradności nie będącej jednak w stanie osłabić czołobitnej estymy ) nie pojmując czemu akurat ta opowieść okazała się dla mnie tak podręcznie niezbędną – bo wydawałoby się że nic nie może być dla mnie odleglejsze niż historia wielokrotnych upadków chronicznego alkoholika Jurusia, historia kontrapunktowana przez osiemnaście wizyt na oddziale deliryków, gdzie trafiał z zatrważającą regularnością.
Wiem, że podobnie jak bohater-narrator udręczony nieuchwytnością istoty rzeczy, ja nawet nie zdołam musnąć jej powierzchni starając się powiedzieć coś istotnego o tej książce. Nie mam do niej klucza, zaklęcia po wypowiedzeniu którego wszystko staje się jasne. Powiedzieć, że to książka o piciu, to tak jak nic nie powiedzieć; powiedzieć, że to książka o delirycznej rzeczywistości osaczającej i dręczącej bohatera to powiedzieć jeszcze mniej, powiedzieć że to o nas, o Polsce, pijanym kraju który nie ma swojej pijanej literatury która to może w części pokazałaby co działo się w czasach wielkiej zmiany i przełomu – to też wyrazić o wiele za mało.
Ale ośmielę się na wyrażenie pewnego pomysłu, idei interpretacyjnej – po części to książka dlatego tak dla mnie poruszająca, bo bohater-narrator mimo że na krawędzi upadku i krańcowego upodlenia wciąż walczy o ocalenie, tworzy świat przez język, przez literaturę, żyje w niej i dzięki niej :
Nie wierzcie ani jednemu mojemu słowu. Słowo jest moją używką, moim narkotykiem, rozsmakowałem się w przedawkowywaniu. Język jest moim drugim, co mówię, drugim, język jest moim pierwszym nałogiem.
Ale i też pisze :
Wiedzieć coś do końca to znaczy nie mieć już żadnego zapasu wiedzy na dany temat, a jak człowiek nie ma żadnego zapasu – głupio się czuje; człowiek wtedy czuje się tak, jakby kończyły mu się papierosy.
Nikomu nie życzę takiego uczucia, więc nie będę Was już przygniatał tym dezorientującym nadmiarem admiracji, przechodzącym w ławicę coraz bardziej postrzępionych i niezbornych wrażeń; w sumie ( kontynuując konsekwentnie wątek intelektualnej bezradności ) nie bardzo wiem po co piszę tę notkę, bo wcale mi tak bardzo nie zależy aby imię tej niezwykłej książki nadzwyczaj rozsławiać, jak każdy kto ma coś cennego – wolę to coś pozostawić dla siebie :)

środa, 28 grudnia 2011
"Światu nie mamy czego zazdrościć" - Barbara Demick

Barbara Demick - Światu nie mamy czego zazdrościć

Jak możecie się domyślać z nieregularności wpisów, prowadzony przeze mnie blog nie jest ścisłym rejestrem, wiernym sprawozdaniem z przeczytanych przeze mnie książek, nie jest nawet jego dalekim przybliżeniem.
Większość moich nieodnotowanych lektur wpada do kategorii :
nie warto pisać
nie będę odbierał chleba literaturoznawcom, oni lepiej się znają
nie chce mi się
nikogo to nie zainteresuje
;)
książka o której, po zastanowieniu postanowiłem jednak napisać podpada pod specjalną odmianę   
cóż można dodać do doskonałych recenzji które już się ukazały, co jeszcze mądrego wymyślić?
A te recenzje to np. wpisy Padmy :
http://miastoksiazek.blox.pl/2011/11/Reportaz-doskonaly.html
i Mdl2 :
http://mlodapisarkaczyta.blox.pl/2011/12/Swiatu-nie-mamy-czego-zazdroscic-Barbara-Demick.html

Właściwie niewiele mam do dodania, wpadałoby włączyć się do pochwalnych peanów, słusznie się zachwycać ( bez ironii :) bo książka jest świetna, znakomicie skonstruowana, wciągająca; przeplatająca we właściwych proporcjach wiadomości historyczne, polityczne, geograficzne z różnorodnymi i zniuansowanymi opisami najzwyklejszych ludzkich losów. Ale to co beletrystyce byłoby najwyższą chwałą – z drobnego obrazu przejść do objaśniającej opisywany świat metafory, w sferze literatury faktu może okazać się robotą wykonaną aż za perfekcyjnie.
Tak, nie przecierajcie oczu ze zdumienia – to nieprawdopodobne, ale wygląda, że zacznę się za chwilę czepiać, iż książka jest za dobra ;)
Spróbuję może nieco chaotycznie uzasadnić tą karkołomną i szaloną tezę.
Choć autorka wielokrotnie przypomina snując opowieść, że są to tylko fragmenty wybrane przez przypadek z ogromnej sumy ludzkich losów w Korei Północnej, choć wciąż podkreśla, że koleje życia przedstawionych tam bohaterów nie są w pełni reprezentatywne, że są to jedni z nielicznych, najodważniejsi, najbardziej zniechęceni, najmniej zindoktrynowani i ci którzy zdecydowali się na niezwykle ryzykowną ucieczkę, ryzykowną dla nich samych i pozostałej na miejscu najbliższej rodziny – to uwiedzeni wielowymiarowością, dramatyzmem i plastyką opowieści podświadomie skłonni jesteśmy do nieuprawnionych uogólnień i ocen, wierząc iż siła wizji autorki zdołała przenieść nas przez szczelną granicę kulturową; czujemy się napełnieni naiwną wiarą, iż rozumiemy coś z bezsensownej, okrutnej logiki północnokoreańskiego reżimu i zachowań uwikłanych w nim zwykłych ludzi.
I bez złych intencji, bezwiednie przykładamy do tamtego świata swoją miarę, zapominając iż należymy do niewielkiej, uprzywilejowanej, sytej i w miarę bezpiecznej części naszej planety; od niedawna – bo za pamięci żyjącego jeszcze pokolenia były i tutaj, u nas „Skrwawione ziemie” jak przypomina tytuł znakomitej książki Timothy Snyder'a, i u nas tyrani zabili czternaście milionów cywili i jeńców.
Ale czego w końcu bym chciał? Coś, co pewnie by w książce było, gdyby napisał ją ktoś od nas, czyli trochę więcej pokory, bezradności, niepewności – niewiele, tak odrobinę.

środa, 16 listopada 2011
"Drwal" - Michał Witkowski

Drwal - Michał Witkowski

W ektoplazmie zbiorowej podświadomości literackiej, zdarzają się zagęszczenia, zawirowania, które w mgławicowych zapętleniach rozczłonkowują się wielorakimi odnogami i wnikają w wyobraźnię pisarzy w różnych częściach świata; ci w rezultacie obdarzają nas dziełami nad wyraz podobnymi – w tematyce, konstrukcji, w sposobie użytych środków fabularnych, choć różnymi pod względem rangi i użytego talentu.
Tak sobie pomyślałem, gdy przed paroma dniami zdarzyło mi się przeczytać bardzo podobne choć i zdecydowanie odmienne dzieła.. „Mapa i terytorium” Michela  Houellebecqa, oraz będący tematem tej notki „Drwal” Michała Witkowskiego.
Krytyka ponowoczesności, miałkości i pustki współczesnej kultury, nietrwałości i płytkości związków międzyludzkich, wprowadzenie do fabuły wymienionej z nazwiska postaci autora, ostentacyjnie banalny, pretekstowy wątek kryminalny – to wręcz uderzające analogie, zbyt jaskrawe aby zrzucać je na krążące w powietrzu przeczucia i nastroje, ale nikogo nie oskarżam, nie mam twardych dowodów na jakąkolwiek inspirację ;)
Zresztą – dobre inspiracje, pomysłowo i kpiąco sparafrazowane, wzięte w nawias i wyraźnie podane nie są dla książki żadnym zarzutem, jeżeli jest interesująca, dobrze się czyta, animuje wyobraźnię i pobudza ciągi nieoczywistych skojarzeń, jeżeli jest złośliwa, prześmiewcza, autoironiczna, napisana językiem o zmiennym, niezwykle giętkim stylu, z lektury której może być zadowolony zarówno wyrafinowany intelektualista poszukujący szwów, w których dzieło nicuje samo siebie, jak i prosty czytelnik który chciałby zapełnić sobie zajmującą lekturą ponury jesienny wieczór.
Taki właśnie jest „Drwal”, pozornie banalna historia. Bohater powieści, Michał Witkowski  wykończony warszawką i pustym celebryctwem, nietypową porą – mrocznym i wilgotnym późnym listopadem jedzie do leśniczówki położonej niedaleko popularnego nadmorskiego letniska Międzyzdroje, by tam w spokoju napisać kryminał, który ma przynieść mu sławę i pieniądze. Pisanie zupełnie mu nie idzie, bo uwagę koncentruje głównie na swoim gospodarzu, milczącym, obojętnym na świat, ogólnie zborsuczałym i niewątpliwie kryjącym jakąś tajemnicę..
Z wierzchu wygląda to na literacką błahostkę, zabawę konwencjami, powtórzenie niektórych motywów z poprzednich książek autora; wykrzywionych, podkręconych w jaskrawym świetle campowej przesady i stylistycznej dowolności – ale dla mnie jest czymś więcej niż postmodernistyczną stylizacją na Chmielewską ;) to opowieść o zmaganiach pisarskich z rzeczywistością, z tworzeniem mapy dla otaczającego terytorium.
Z dziką przyjemnością ( wpadając w stylistykę autora ) śledziłem sytuacje, gdy autor wychodząc z najpospolitszego, surowego widoku zastanawia się nad jego podszewką, jak go zdefiniować, którą estetyką podążyć, jakiej wersji, tropu, interpretacji świata dać się ponieść; co mogą kryć ludzie zauważeni w przelocie, przypadkowo spotkani, jak mogą działać wpisani w narzucony przez autora literacki kontekst; jak odmiennie może wyglądać świat po nałożeniu na niego mapy czasami skrajnie przeciwstawnych, zderzających się wizji.
Na koniec drobny wyimek z dzieła – kogo trzeba zachęci, kogoś innego zniechęci, żeby nie było, że nie ostrzegałem :)
Międzyzdroje, odarte z ostatnich już letnich iluzji i marzeń o Las Vegas, stały w kałuży jak stara szczerbata i pastewna kurwa, która dostała nożem i stoi we krwi kapiącej po nogach (…) Pornografia nędzy i szarzyzny, rdzewiejące lody, zbutwiałe gofry, odłażące z farby kurczaki, wielka kiełbasa z rożna z której uszło powietrze, wielki Presley ruszający głową obsrany przez mewy, olbrzymi gofr sflaczały, czerwone żarówki rozbite. Scena – dyskoteka w pianie i bitej śmietanie – zamknięta, moknąca reklama Bols Vodka zdarta. Kiwający się na wietrze w przód i w tył wycięty z dykty człowiek jedzący loda. Niczym pijana kukła bez bebechów. Światła pogaszone. Szwedzi, jeśli jeszcze tu są, to w Hotelu Wiedeńskim upijają się na smutno, przy włączonych na full kaloryferach.

PS.I. Ostatnio zdałem sobie sprawę, że wyjęty z kontekstu fragment, choć charakterystyczny i reprezentatywny dla stylu autora mógłby sugerować totalną depresyjność, ponurość i ogólne zborsuczenie całej książki, ale nie – książka jest przede wszystkim niezwykle śmieszna, nie w sensie chichotliwości językowych i sytuacyjnych, ale w swoim kąśliwym, kpiarskim stosunku do rzeczywistości w której widzi nieudolnie ukrywaną tęsknotę za wyższością, pokraczną tandetę, pustkę maskowaną odrapanym blichtrem, ale i też bogactwo odniesień i sentymentów wywoływanych z nieodległej przeszłości przefiltrowanych przez popkulturę, na przykład z młodzieżowych powieści przygodowych, z „Dynastii”, ze skandynawskich kryminałów.

PS.II. Ale też, żeby nie było tak słodko – przeczytawszy wynurzenia autora i zapewne zaprzyjaźnionych z nim recenzentów, z których jednoznacznie i bez puszczania oka wynika, iż autor stworzył wciągający kryminał i to zgodnie ze ściśle skodyfikowanymi regułami sztuki, nie mogę powstrzymać się od ostrzeżenia : jako kryminał to kpina, żałość i żenada.. wolałem myśleć, iż to świadomy zamysł autora ;)

piątek, 04 listopada 2011
"Tony i Susan" - Austin Wright

Tony i Susan

Były mąż Susan, nie widziany od dwudziestu lat, prawie zapomniany –  nieoczekiwanie przysyła jej maszynopis swojej pierwszej książki.
Jest to jakaś wiadomość; ale ani Susan, ani my nie domyślamy się i długo jeszcze nie będzie dla nas jasne, co on chciał powiedzieć wiodącej uporządkowane, zwyczajne i do bólu regularne życie na sielskim suburbiu matce trojga dzieci, żonie znanego kardiochirurga i nauczycielce literatury w koledżu – co chce przekazać opowieścią  zatytułowaną „Nocne zwierzęta” – o doświadczeniu okrucieństwa i bezprawia, krańcowego bezmyślnego zła,  strachu i bezsilności, opowieścią o ostatecznej stracie i niechcianej zemście, która staje się nieunikniona, ale nie przynosi ulgi i oczyszczenia.
W niektórych recenzjach książka ta nazwana jest nieznanym, nieodkrytym jeszcze amerykańskim arcydziełem, połączeniem fabuły w stylu Cormac'a McCarthego i  wyrafinowanych, wystylizowanych rozważań wewnętrznych jak z Wirginii Woolf. Może to zbytnie pochwały, ale na tle produkowanych masowo thrillerów i konwencjonalnych, pseudointelektualnych powieści psychologicznych to zderzenie narracji jest niezwykle nośne, stwarza nieustanne napięcie w trakcie lektury, prowokuje do ciągłych pytań, również o naturę pisania i czytania, o grę autora z czytelnikiem.
Czy opowieść o krwawej zemście, jest zemstą byłego męża, jeżeli tak to za co, dlaczego sądzi iż osiągnie cel, czy wie coś o Susan, co ta lektura może obudzić; co pomoże jej sobie uświadomić to coś o czym zapomniała, o czym nie chce pamiętać? Czy chce jej tylko pokazać, że stał się jednak dobrym pisarzem, w co wątpiła na początku i ich małżeństwa i co pośrednio stało się przyczyną rozstania?
Nawet po przeczytaniu książki odpowiedzi nie są oczywiste, nie ma żadnej krwawej tajemnicy w życiu Susan, nic co wplatałoby się w mroczną fabułę podróży do niepokojąco blisko położonych granic człowieczeństwa, do pytań o krańce cywilizacji, kultury i prawa. Jest tylko jeden wieczór na łódce lekko znoszonej prądem, na spokojnym jeziorze o zachodzie słońca gdzie dwójka nastolatków wymienia parę z pozoru nieznaczących zdań, gdzie nic się nie dzieje, a przez to zdarzenie będzie widać jak w soczewce ich dalsze życie, ich wybory i decyzje.
Cisza. Na zewnątrz, w mroku na tle gwiazd błyska czerwone światełko; samolot – szum silników niknie w oddali, trzaskają zamykane drzwi, psy moszczą się w swoich legowiskach, bezpieczne codzienne wieczorne rytuały, zapadanie się w miękki kokon snu.. a całkiem niedaleko, za ścianą światła, zbierają się bezgłośnie nocne zwierzęta.

środa, 02 listopada 2011
"Ziarno prawdy" - Zygmunt Miłoszewski

Ziarno prawdy - Zygmunt Miłoszewski

Przyznam się bez bicia, że po tą książkę sięgnąłem lekko przymuszony przez okoliczności, w normalnych warunkach pozwoliłbym jej bez bólu pozostać w nieubłaganie rosnącej kategorii znanych ze słyszenia a nieprzeczytanych; pomnąc doświadczenie z „Uwikłaniem”, przy którym odpadłem w połowie. Nie ukrywam więc, że do autora jestem lekko uprzedzony i.. niestety suspensu nie będzie – po ostatniej lekturze uprzedziłem się jeszcze bardziej.
Pierwszy wniosek – dział promocji starostwa w Sandomierzu wykonuje bardzo dobrą robotę, z jednej strony „Ojciec Mateusz” z drugiej, zdecydowanie ostrzejszy, bardziej mroczny i brutalny kryminał, pewnie myślą jeszcze nad jakimś „Ustroniem nad zakolem” ( Wisły ;)
Ale Sandomierz zasługuje na lepsze książki czy filmy, i takie też już ma; nikt nie jest w stanie napisać o tym mieście lepiej niż Iwaszkiewicz czy Myśliwski w „Widnokręgu”. Ale tak naprawdę w „Ziarnie prawdy” nie ma Sandomierza, jest jakieś anonimowe, depresyjne, wilgotne, pozbawione ludzi miasto; ktoś kto nigdy tam nie był, musiałby podstawić sobie w imaginacji za miejsce akcji cokolwiek – Reykjavik¹, Ystad, Oslo czy Wrocław.. bo autor gdy mu się zdarzy już jakiś opis ma jakąś szczególną zdolność usypiania wyobraźni czytelnika i pozbawiania jej zdolności kreowania wymyślonego świata. Niestety ta zdolność rozciąga się też na aspekt tworzenia wyrazistych portretów ludzkich – dynamicznych, rozwijających się w miarę akcji bohaterów. Ma się wrażenie że w zamglonym mieście, gdzie ledwie widać zarysy budowli przemykają się marionetki niechlujnie wycięte z tektury, obijając się czasem o siebie, plącząc swoje sznurki którymi nad którymi nikt nie panuje.
Pewnie w zamyśle autora główny bohater, prokurator Teodor Szacki miał wpisać się w chlubny szereg doświadczonych, steranych życiem, ale wewnętrznie nieugiętych strażników sprawiedliwości i moralnego ładu w łajdackim i zepsutym świecie, a w książce stał się pospolitym katalogiem wszystkich przywar typowego warszawskiego palanta i buca, przerysowaną ilustracją stereotypów jakie na temat warszawki mają, lub wydają się mieć prowincjusze. Postępuje zgodnie z dewizą „działaj jak facet, bzyknij, myśleć będziesz potem”, przy czym sympatyczne nieskomplikowanie psychologiczne bohatera sprawia, iż trudno doszukać się w książce śladów ostatniego członu tej maksymy ;) Ale ciut go usprawiedliwiając, jego partnerki w najmniejszej mierze go do tego nie skłaniają, najważniejszym rysem ich literackiej konstrukcji i najbardziej eksponowaną cechą, czy są najlepszymi partiami w mieście, czy surowymi reprezentantkami aparatu sprawiedliwości – jest automatyczne uleganie urokowi naszego srebrnowłosego prokuratora.
Niestety sympatycznej prostoduszności postaci, jak z kart powieści milicyjnej nie towarzyszy podobna prostota kryminalnego wątku, który jest tak przekombinowany, że nawet przez chwilę nie budzi się w nas poczucie, iż w rzeczywistości mogło wydarzyć się coś tak niedorzecznego. Autor w jednym miejscu komplikuje śledztwo do granic absurdu każąc naszemu błyskotliwemu prokuratorowi rozważać subtelności cytatów z Biblii i jeździć z tym na konsultacje do lubelskiego rabina, a z drugiej strony sadzić takie błędy logiczne i proceduralne, że nie sposób uwierzyć iż wygrał dwadzieścia pięć spraw o zabójstwo – chyba że takich w których morderca gubi obok ofiary swój dowód osobisty ;)
Jedyną okolicznością, dzięki której nie uznałbym czasu poświęconego tej książce za absolutnie stracony są wstrząsające opisy autentycznych zbrodni z tamtych okolic, powojennych i z lat siedemdziesiątych; nawet zamulający styl autora nie potrafił wyżąć z nich powodującego dreszcz poczucia prawdy i autentyzmu, którego w całej książce tak dramatycznie brakuje.

¹) Czytałem ostatnio świetnego Arnaldura Indriðason'a, może stąd tyle żółci mi się ulało ;)

poniedziałek, 18 lipca 2011
Niekoherencja międzywarstwowa ;)

Nie raz zastanawiałem się dlaczego niektóre książki, od razu, od pierwszych zdań, jak za pomocą teleportacji wciągają nas bez reszty w swój wykreowany świat, przy innych idzie to stopniowo i mozolnie, lecz i one po pewnym wysiłku odkrywają swoje piękno; a są i takie, jakby ich rzeczywistość była odgrodzona od naszej wyobraźni szklaną taflą od której z uporem, bezsilnie się odbijamy, nawet wiedząc, iż to książka wartościowa, poruszająca istotne problemy i napisana świetnym językiem.
Pewien zarys pomysłu wiodącego do wytłumaczenia jednego z aspektów tego fenomenu przyszedł mi do głowy po przeczytaniu pierwszego akapitu ( dobrego w sumie ;) kryminału :
Ewa Maliwa od dawna miała ochotę go zabić. Uczucie narastało, kiedy wracał po pracy, wtaczał się, bodąc brzuchem powietrze, brzemienny swoim zmęczeniem, siadał, aż krzesło jęczało, podpierał głowę lewą ręką, w prawą chwytał łyżkę i rozpoczynał transport do ust, tak sprawny, że siorbanie nie milkło nawet na chwilę.
Przeczytałem to i poczułem dziwną konsternację.. Była na tyle silna, że zacząłem się nad tym zastanawiać i po chwili już się domyślałem – jak ogry, tak i książki mają różne warstwy, a tu  już na wstępie nastąpiła klasyczna niespójność przekazu racjonalnego z podświadomymi wyobrażeniami wywoływanymi przez użyte słowa i porównania, a jeszcze dodatkowo pojawiła się wewnętrzna sprzeczność w samych skojarzeniach i obrazach. Trudno uwierzyć, że aż tyle dysonansów i niezgodności może się zmieścić w paru zdaniach, i może to aż tak przeszkadzać w odbiorze; ale mnie to drażniło – spróbuję uzasadnić dlaczego.
Racjonalny przekaz jest jak każdy widzi, a obrazy?
Słowo bodąc – wywołuje wyobrażenie byka, siły, energii, potencji twórczej, jurności, gwałtowności, a zderza się z wtaczaniem, brzuchem, oklapłością, obwisłością, żaden spójny obraz wracającego po pracy mężczyzny nie ma szans się z tego wyłonić; a już następny wyraz dodaje kolejną, potężną porcję zamętu, wprowadzając jeszcze pomieszanie płciowe – brzemienny, to ewokuje serię związków z macierzyństwem, czułością, bezbronnością, nowym życiem, chęcią opieki i ochrony, a te tuż za przecinkiem rozbijają się o pozę frasobliwego myśliciela z następnym transportem skojarzeniowych metafor, a na końcu, już na deser przy siorbaniu sama fraza „transport do ust” zgrzyta jak wóz na piaszczystej drodze, wiozący żywiec do rzeźni.
Ale potem niekoherencja zasadniczo zanika, autorka nie stara się już być poetką :) i książka

Kobieta bez twarzy - Anna Fryczkowska

„Kobieta bez twarzy” – Anny Fryczkowskiej staje się wciągającym, niekonwencjonalnym, przewrotnym kryminałem, a i kpiną z nadmiernie rozlewającego się po empikowych półkach pewnego wzorca kobiecej literatury; tej o poszukiwaniu nowego miejsca w życiu na odległej wsi wśród prostych, poczciwych, przyjaznych ludzi, o porzuceniu zgniłego miejskiego świata na rzecz nieskomplikowanych przyjemności prowincji, by po ciężkich przejściach, traumach, tragediach odzyskać wewnętrzny spokój i radość życia wśród nieskażonej natury. Autorka na szczęście nie dokonała mechanicznego odwrócenia schematu i nie rzuciła rozbitej samobójstwem męża, pogrążonej w depresji bohaterki na popegeerowską wieś jak z filmu „Arizona”, gdzie walczyłaby ze złem wśród malowniczych widoczków zataczających się na błotnistej drodze tubylców, wśród bitych żon, molestowanych dzieci, rozkładu, rozpadu, upadku i degrengolady ;)
Na wsi gdzie trafiła jest pozornie zwyczajnie i normalnie, a zło jest bardziej ukryte, głęboko zakorzenione, wrośnięte w społeczność i przez to tak potworne..
Największą siłą książki jest zbiorowy portret mieszkańców, zawarty w rozmowach, rodzajowych scenkach, oszczędnych opisach; a zupełnie rewelacyjnym pomysłem jest naprzemienna, kontrapunktowa narracja prowadzona kolejno przez bohaterkę i jej dziesięcioletnią córkę, która swym dziecięcym poczuciem humoru, dystansem, świeżością spojrzenia przełamuje mroczną, duszącą atmosferę grozy i osaczenia  jaka powoli narasta w relacji jej matki.
Choć w wielu punktach miałbym uwagi do logiki kryminalnego wątku, do głębszego psychologicznego uzasadnienia motywów działań mężczyzn ( bo portrety kobiet mimo że oszczędne i budowane delikatną kreską są świetne ), niemniej to od wielu lat jedyny polski kryminał który przeczytałem do końca, i to z przyjemnością, zainteresowaniem i napięciem.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7